Beskid Niski sercu bliski – 4 dniowa pętla z namiotem

Cze 8, 2020

W pierwszych dniach lipca wybraliśmy się z Anią na 4 dniową pętelkę po Beskidzie Niskim. Nasz przedłużony weekend w tym rejonie okazał się strzałem w dziesiątkę. Co sprawia, że te góry są takie wyjątkowe i już po pierwszym wypadzie wskakują ( przynajmniej u mnie) na top polskich pasm? Z całą pewnością: puste szlaki, dzikość tych gór, historia tego terenu, cmentarze wojenne, opuszczone wsie, wszechobecne krzyże i kapliczki, piękne cerkwie i wiele innych…

Beskid Niski – mały, ale wielki

Beskid Niski jest najniższym z beskidzkich pasm, ale za to najrozleglejszy (ok. 100 km). Od zachodu na przełęczy Tylickiej (683 m n.p.m.) graniczy z Beskidem Sądeckim, od wschodu za przełęczą Łupkowską (640 m n.p.m.) ustępuje Bieszczadom. Jego wschodnia granica jest zarazem granicą Karpat Wschodnich i Zachodnich. Leży na pograniczu Polsko-Słowackim. Najwyższy szczyt to Busov (1002 m n.p.m.), po polskiej stronie Lackowa (997 m n.p.m.). Znajduje się tutaj również największe obniżenie w łuku Karpat – przełęcz Dukielska (500 m n.p.m.). Na terenie Beskidu Niskiego znajduje się Magurski Park Narodowy, jeden park krajobrazowy oraz kilkanaście rezerwatów.

Nasza trasa przebiegała po terenach zamieszkiwanych przez Łemków. Więcej na temat Łemkowszczyzny można przeczytać tutaj:

Historia Łemków

Dzień 1
Katowice – Wysowa Zdrój – Przełęcz Regietowska – Konieczna – Studencka baza namiotowa w Radocynie

Startujemy ok. 5 rano z centrum Katowic. Dojeżdżamy na parking o 10, „szybki” przepak i możemy ruszać na szlak. W planie na dziś dojście do studenckiej bazy namiotowej w Radocynie. Słońce grzeje ostro, ale pojawiają się też chmurki na niebie zapowiadające prognozowaną burzę. Ciśniemy ostro niebieskim szlakiem w stronę Obycza (788 m n.p.m.), chmur coraz więcej i więcej. W oddali słychać pierwsze grzmoty i niestety dopada nas burza tuż pod szczytem. Zostajemy poniżej, a nawet schodzimy troszkę w dół żeby nie być na samym szczycie. I tak stoimy 30 minut w mega zlewie, pioruny wokół i na dodatek przez chwilę mamy darmowy masaż w postaci gradu. Gdy ustaje szybko dreptamy do wiatki na przełęczy Regietowskiej. Niestety, gdy woda leje się do buta od góry impregnacja zbyt wiele nie pomaga, a gdy do tego dołoży się kilkaset metrów w mokrych, wysokich trawach to przemoczenie gwarantowane.

Na miejscu spotykamy ojca z synem, którym w przeciwieństwie do nas udało się zdążyć schować przed burzą. Po jakimś czasie ruszamy dalej niebieskim szlakiem. W oddali nadal słychać burzę, nam tylko popaduje co jakiś czas. Zanim dojdziemy do miejscowości Konieczna spotykamy salamandrę plamistą oraz mamy chwilę nerwów z jeleniem. Idziemy ścieżką w gęstym lesie, zatrzymujemy się, w młodniku kilka metrów od nas słychać jakieś dźwięki i nagle coś rusza i robi dużo szumu biegnąc. Wyobraźnia podpowiada szarżującego niedźwiedzia, a tu na szczęście tylko przestraszony jeleń 😀 Podczas zejścia już do samej wioski zaczyna mocniej padać, idziemy do cerkwi, ale trochę mało miejsca, więc zagaduję w pobliskim domu o kawałek dachu nad głową. Czekamy słuchając opowieści o wilkach, atakujących krowy właściciela oraz niedźwiedziu przechadzającym się pod pobliskim lasem.

Zmieniamy kolor szlaku i kierujemy się za żółtymi znakami na polanę Radocyna. Po drodze wypatrujemy zwierząt wychodzących wieczorami na skraj lasu. Niestety tylko ptaki i jedna łania na samej już polanie. Zatrzymujemy się, chwila zadumy nad widokiem i stwierdzam, że może i te Tatry są efektowne, ładne i w ogóle szał ciał ale to tutaj czuje się tą bliskość, przyrodę i ducha gór. Przynajmniej ja 😀 Schodzimy do bazy namiotowej gdzie witają nas herbatką i oprowadzają po włościach. Nocleg dla „prawdziwego turysty z plecakiem” 5 zł, nie najgorzej 😉 Jest piec, woda z rzeki, miejsce do mycia, dwa wychodki, miejsce na ognisko, a dla ludzi bez własnej sypialni, postawionych kilka dużych namiotów z łóżkami polowymi. Baza czynna lipiec-sierpień, w innym okresie mamy przynajmniej kawałek fajnego terenu do spania. Miejscówkę możemy śmiało polecić 😉

Dzień 2 

Radocyna – Nieznajowa – Wołowiec – Banica

Wstajemy ok.8, śniadanie, suszenie namiotu i w drogę. Zapowiada się mega hyc! Z każdą minutą coraz cieplej i coraz częściej szukamy cienia. Podobno 34 stopnie… Poruszamy się na granicy z Magurskim Parkiem Narodowym. 5-krotnie przekraczamy bród. Śmiało mogę stwierdzić, że szlak z Radocyny do Wołowca jest jednym z najurokliwszych po jakich przyszło mi wędrować i na pewno tam wrócę w innej porze roku. Dochodzimy do Nieznajowej, wsi która w 1945 roku opustoszała w ramach „dobrowolnego” przesiedlenia obywateli ( więcej tutaj: http://www.nieznajowa.obozy.pl/nieznajowa.php). Zostawiamy plecaki i przechodzimy na drugą stronę rzeki, w kierunku widocznych drzwi. Chwila refleksji, zdjęcia i wracamy na szlak.

Wędrując do Wołowca zatrzymujemy się co chwilę obok przydrożnych cmentarzy wojennych, kapliczek, krzyży. Człowiek idąc tamtędy dużo myśli i zdaje sobie sprawę jak cała ta okolica jest nasiąknięta historią. Bardzo klimatyczne miejsce. Marsz umila nam widok bociana czarnego kołującego w okolicy oraz rzadkiego orlika krzykliwego. Dochodzimy do wsi i udajemy się od razu do miejscowej cerkwi gdzie oprowadza nas młoda dziewczyna. Cerkwie dla zwiedzających otwierane są w różnych okresach, dniach tygodnia. To była jedyna podczas całego wyjazdu gdzie udało nam się wejść. Po zwiedzeniu udajemy się do najbliższego sensownego cienia i zasypiamy na chwilę. Popas trwa dłużej niż zakładaliśmy, ale przy tej temperaturze nie mamy sił, ani ochoty na szybki start.

Gdy już udało nam się ruszyć tyłki, zatrzymuje się samochód i chce nas podwieźć. Nie decydujemy się na ułatwienia, ale za to korzystamy z dobrotliwości kierowcy i dostajemy 1,5 l zimnej wody 😉 Pozostajemy na żółtym szlaku w stronę Banicy. Tego dnia rozbijamy namiot na wzgórzu nieopodal wsi, właściwie to Ania rozbija, a ja w tym czasie wybieram się na poszukiwanie wody. Z zaznaczonych strumyków na mapie nie da się wycisnąć nawet kropli wody, wszystko wyschło. Dreptam zatem do najbliższej wsi asfaltem i podbijam do pierwszego domu po wodę.

Dzień 3
Banica – Schronisko na Magurze Małastowskiej – Smerekowiec

Budzimy się przy dźwiękach kropel uderzających o tropik. Szybkie internety i ma być tak do popołudnia. Nie mamy ciśnienia co do trasy, więc postanawiamy odespać ostatnie tygodnie. Pakujemy graty około godz. 15 i ruszamy niebieskim w kierunku Magury Małastowskiej. Na przełęczy oglądamy austriacki cmentarz wojenny z okresu pierwszej wojny światowej, gdzie pochowano 174 żołnierzy austro-węgierskich. Następnie wstępujemy do schroniska, żeby się trochę ogrzać. Wszędzie pustki, jedynie „ superanckie trzy małe kociaki + mama” umilały nam czas. Wrzątek za darmo 😉 Szkoda było wychodzić bo „ kociaki takie super, że jaciekręcę”. Ze schroniska jednak wychodzimy i zielonym szlakiem maszerujemy w okolice Smerekowca. Namiot rozbijamy na polance powyżej wsi, znowu świetny widoczek. Do snu kołyszą nas rechoczące żaby 😉

Dzień 4
Smerekowiec – Kwiatoń – Skwirtne – Kozie Żebro – Wysowa

Rano zagaduje nas jakiś lokals i razem z nim schodzimy do wsi. Następnie mamy trochę asfaltingu do Kwiatonia, gdzie podobno znajduje się najładniejsza cerkiew. Choć wszystkie te obiekty są zazwyczaj podobne do siebie, to przewodniki się nie mylą i cerkiew ta w naszym odczuciu wskakuje na szczyt. Później czeka nas znowu trochę asfaltu do wsi Skwirtne i kolejna cerkiew. Niestety dzisiaj poniedziałek i nie udaje się nigdzie wejść do środka. Trzeba w przyszłości zrobić „tour the cerkwie”. Zmieniamy krajobraz i wchodzimy z powrotem w góry. Zielonym szlakiem dreptamy na Kozie Żebro (847 m n.p.m.). Chwila odpoczynku, krótki posiłek i idziemy dalej. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i zmierzamy już do auta. Imprezę kończymy po 14. Szybka kąpiel „z baniaka”, spacer po parku zdrojowym i ruszamy w stronę Katowic.

Będąc jeszcze w górach ustalamy, że Beskid Niski musi regularnie widnieć w naszym kalendarzu i przynajmniej raz do roku wypada się tam pojawiać. Jak ktoś lubi ciszę, spokój, kontakt z przyrodą, a do tego choć minimalnie interesuje go historia, to jest to idealne miejsce dla niego. Wędrowanie po tym terenie z całą szafą na plecach to czysta przyjemność. My na pewno wrócimy, bo jak wiadomo Beskid Niski sercu bliski i niech tak pozostanie jak najdłużej 😉