Nasza niemal miesięczna gruzińska przygoda, miała miejsce już dość dawno temu, a mianowicie w sierpniu 2015 roku. Wyjazd ten zapadł nam w pamięci ze względu na piękne widoki, kulturę i niesamowitą gościnność Gruzinów. Od tego czasu pewnie wiele zmieniło się w tym kraju, więc nie ma sensu podawać tutaj zbyt wielu informacji praktycznych. Będzie to raczej fotorelacja z krótkimi opisami tego, co udało nam się zobaczyć. Zapraszam do pierwszej części relacji ze Swanetii.  

3 sierpnia, późnym wieczorem, meldujemy się na lotnisku w Kutaisi, gdzie spędzamy noc. Do Gruzji polecieliśmy w 3 osoby. Po pierwszych 3 dniach dotarły do nas kolejne dwie i tak w piątkę zwiedzaliśmy ten uroczy kraj. Za cel pierwszego dnia, obieramy kanion Martvili, który położony jest niedaleko Kutaisi. Korzystając z taksówki, lokalnego busika i autostopu, docieramy tam około południa.

Po spacerze w lodowatej wodzie odpoczywamy chwilę na brzegu i w między czasie zasypiamy. Po krótkiej drzemce doświadczamy po raz pierwszy gruzińskiej gościnności. Jako, że obudziłem się pierwszy, zostaję zaproszony na ponton do grupy lokalsów. Nie odmawiam, więc pływam z nimi chyba godzinę i raczę się lokalnym piwem.

fot. Błażej

Pierwsze rozmowy z Gruzinami i od razu dostajemy zaproszenie na imprezę do ich domu. Lecąc do Gruzji liczyliśmy właśnie na takie spotkania, więc oferta biesiady była dla nas czymś trafionym. Do ich małego hatchbacka ładujemy nasze ogromne plecaki, ponton i w 7 osób ruszamy w nieznane. Przez dłuższy czas kręcimy się po mieście, robimy zakupy, spotykamy z jakimiś osobami, aż w końcu trafiamy do domu na wzgórzu poza miastem. Nie licząc Ani, na imprezie byli sami mężczyźni. Zostaliśmy uraczeni chinkali, innymi miejscowymi przysmakami oraz oczywiście winem i czaczą.

fot. Błażej

fot. Błażej

Po „ciężkiej” nocy zostajemy odstawieni na dworzec autobusowy, skąd mamy już marszrutkę do Mestii. Głównym celem było przejście szlaku Mestia-Ushguli, czyli chyba najpopularniejszej trasy w Swanetii. Pierwszą noc w Mestii spędzamy na wzgórzu górującym ponad miastem. Zanim spotkamy się z Kasandrą i Bartkiem, ruszamy jeszcze w stronę jezior Koruldi.

W planie na kolejny dzień mamy spacer pod czoło lodowca Chalaadi. Wracając spotykamy małego niedźwiadka, którego prawdopodobnie wychowywali lokalni wojskowi.

Następnego dnia ruszamy już na nasz główny punkt „imprezy” w Swanetii. Szlak Mestia – Ushguli liczy sobie około 50 km. Na jego przejście, w zależności od naszej kondycji, powinniśmy zaplanować 3-4 dni. Trasę da się wydłużyć o kolejne dni, zaczynając w Chuberi możemy zorganizować sobie trekking na 8-9 dni. Tego dnia udaje nam się dojść do wioski Adishi, gdzie nocujemy za darmo na posesji jednego z mieszkańców. Tutaj też zostawiamy naszego psa – przybłędę, który towarzyszył nam cały poprzedni dzień.

fot. Błażej

Kolejny dzień dostarcza nam znowu pięknych widoków. Otaczające nas ośnieżone szczyty Kaukazu robią ogromne wrażenie. Szczególnie w oczy rzuca się Ushba (4710 m n.p.m.), która jest jednym z najbardziej majestatycznych szczytów w całym Kaukazie. Tego wieczora rozbijamy nasze obozowisko zaraz obok rzeki Inguri. Niestety, zbyt wysoki poziom wody nie pozwala nam na przejście na drugą stronę. Czekamy do rana.

O świcie poziom wody rzeczywiście się obniżył, więc już bez większych problemów pokonujemy rzekę. Woda sięga nam momentami tylko powyżej kolan. Tego dnia dochodzimy do Ushguli (ok. 2100 metrów n.p.m.), która rości sobie miano najwyżej położonej, a przy tym wciąż zamieszkałej wioski w Europie. Kamienne wieże, tak licznie obecne w Ushguli, są charakterystycznym elementem krajobrazu Górnej Swanetii, zwykle mają cztery lub pięć pięter (czyli osiągają wysokość do 20 metrów).

Nie mieliśmy specjalnie planów na nocleg, więc usiedliśmy sobie gdzieś w „centrum” i czekaliśmy co się wydarzy. Po raz kolejny Gruzini zdali test z gościnności 😀 Tym razem zostajemy przygarnięci do lokalnego przedszkola przez robotników wykonujących tam remont. Jak można się domyślić, nie poszliśmy od razu spać. Zostaliśmy ugoszczeni w jednej z sal i przez kilka ładnych godzin spożywaliśmy lokalne trunki. Poza winem i czaczą pojawił się również swojski arak – napój alkoholowy o smaku anyżowym. Miał on około 80% i chyba nas „pokonał”.

fot.Błażej

Noc i poranek był szczególnie ciężki dla męskiej części naszej ekipy 😀 Do Mestii wracamy z dwójką naszych kompanów „od flaszki” z poprzedniej nocy. Ładujemy się na pakę jakiejś zdezelowanej ciężarówki, która nie posiadała żadnych burt. Trasa liczy około 45 km i tylko znikoma część jest pokryta asfaltem. Pierwsze kilometry to była walka o utrzymanie się na pace. Z każdą kolejną minutą nabieraliśmy pewności i już nie myśleliśmy tylko o tym, jak nie spaść. Inną sprawą był ogromny kac, który szczególnie uwydatniał się na tej wyboistej drodze. „Na szczęście” samochód co chwilę się psuł i mieliśmy chwile wytchnienia. Przejechanie 45 km trwało około 5 godzin…

Po powrocie do Mestii zdecydowaliśmy o opuszczeniu Swanetii i udaniu się w stronę Tbilisi. Dalszą część wyjazdu opiszę w kolejnym wpisie. Będzie w nim między innymi o: Gori, Tbilisi, Kazbegi, Kachetii, Wardzi czy Batumi. Oraz oczywiście o kolejnych przykładach gościnności wśród Gruzinów 🙂