Laponia jest krainą leżącą w Norwegii, Szwecji, Finlandii oraz Rosji. Na cel naszego trekkingu obraliśmy rejon Käsivarsi Wilderness Area znajdujący się w północnej Finlandii. Naszym głównym punktem wyjazdu było zobaczenie jednego z najpiękniejszych zjawisk na naszej planecie, czyli zorzy polarnej. Nie chcieliśmy wydawać miliona monet, więc po raz pierwszy w życiu przyszło nam łapać stopa w temperaturach rzędu minus 20 stopni Celsjusza. Było warto!

Chyba każdy chciałby choć raz w życiu zobaczyć zorzę polarną. Coś co kiedyś było dostępne tylko dla mieszkańców dalekiej północy dzisiaj jest w zasięgu ręki prawie każdego. Zorza polarna, inaczej aurora borealis, to zjawisko świetlne zachodzące wskutek wybuchów na powierzchni słońca. Obserwować je możemy głównie za kołem podbiegunowym, ale zdarzają się dni że zobaczymy je również w Polsce. Wszystkich zainteresowanych pogłębieniem wiedzy na temat zorzy zapraszam do artykułu Karola Nienartowicza, który wyczerpał temat w bardzo przystępny sposób:

http://www.karolnienartowicz.com/fotografowanie-zorzy-polarnej/

Jak już wspomniałem we wstępie, naszym głównym celem było zobaczenie zorzy polarnej. Największe szanse mamy za kołem podbiegunowym, więc tam skierowaliśmy uwagę planując wyjazd. Cała nasza grupa, a była nas siódemka, preferuje aktywny typ podróżowania. Równie ważne zatem było dla nas zrobienie czegoś „więcej” niż tylko wycieczka do jakiegoś miasta na północy, zobaczenie zorzy i powrót. Zdecydowaliśmy że lecimy na biegówki i będziemy chodzić „od chaty do chaty”. Po sprawdzeniu lotów, wypożyczalni nart, możliwościach przewozu sprzętu z Polski, doszliśmy do wniosku, że jednak wykracza to poza nasz budżet i musimy wymyślić coś innego… Ostatecznie, po wielu konfiguracjach różnych możliwości zdecydowaliśmy się na najbardziej przystępną cenowo wersję. Biegówki zamieniamy na rakiety, które wypożyczamy/kupujemy w Polsce. Lecimy do Tromsø tanią linią lotniczą, później autostopem dostajemy się do Finlandii, a tam chodzimy od chaty do chaty.

Mapa Laponii

Zorzę najlepiej obserwować od września do marca, wtedy noce są najdłuższe. My postanowiliśmy jechać z początkiem marca, bo szanse na zorze dalej są duże, a dni mamy już nieco dłuższe i możemy więcej chodzić w ciągu dnia. 2 marca wieczorem meldujemy się na lotnisku w Tromsø, gdzie spędzamy noc śpiąc na karimatach. Na szczęście obsługa lotniska nie miała nic przeciwko temu 🙂

Z samego rana pakujemy nasze graty do plecaków i ruszamy do centrum miasta. Mamy kilka kilometrów do przejścia, żeby dostać się na drogę wylotową numer E8,  gdzie chcemy zacząć łapać stopa. Przez centrum przechodzimy dość szybko, aby mieć jak najwięcej czasu na dojazd do Kilpisjärvi, naszego dzisiejszego celu. Po drodze mijamy Tromsø Bridge, który ma 1036 metrów długości i widać go niemal z każdego miejsca w mieście.

Żeby zwiększyć szanse w łapaniu stopa rozdzielamy się na 3 grupy. Mamy do przejechania około 160 km. Niby mało, ale Norwegia to nie Gruzja gdzie samochody same się zatrzymują, więc jakiś tam stresik był. Pierwszego stopa udaje mi się z Anią złapać po ponad godzinie. Jest zimno, ale jak człowiek trochę poskacze to da się przeżyć. Po drodze spotykamy Anię i Mateusza, udaje nam się złapać stopa na 4 osoby. Jeden z kierowców zostawia nas w zatoczce w lesie, dosłownie w lesie. Do najbliższego miasta mieliśmy kilka kilometrów, a zmrok już się zbliżał. Przez dłuższy czas nie udaje nam się nic złapać i zacząłem nawet rozważać możliwość nocowania w lesie. Mróz coraz bardziej nam doskwierał, na szczęście zatrzymał się samochód. Niestety miał tylko dwa miejsca, więc po naradzie ja z Anią zostaliśmy łapać dalej stopa. Przyszło nam czekać jeszcze godzinę, aż przy zachodzącym słońcu zlitował się nad nami jeden z kierowców. Po wejściu do auta okazało się, że łapaliśmy stopa przy minus 22 stopniach 😀 Zanim słońce całkowicie zaszło udaje nam się dotrzeć do Kilpisjärvi i następnie do pierwszej z naszych chat.

Na cel naszego wędrowania wybraliśmy Käsivarsi Wilderness Area. W tym rejonie znajduje się wiele chat, w których możemy spędzić noc bez wnoszenia żadnych opłat.

Podróżując po Skandynawii możemy natknąć się na niewielkie drewniane domki. Hytte, czyli kabiny/chaty są bardzo często darmowe. Domki te są z reguły zlokalizowane w bardzo urokliwych miejscach, w górach, nad jeziorami, na fjordach. Mieszczą od kilku do kilkunastu osób, a na wyposażeniu znajduje się z reguły koza (piec), więc można nawet srogą zimą zaplanować w nich nocleg.

Pierwsza noc i od razu zorza!  Mamy szczęście bo czasem nawet przez kilka tygodni chmury zakrywają niebo i nie ma szans na obserwacje. Robimy wiele zdjęć choć temperatura w okolicach minus 30 stopni nie zachęca do przebywania za zewnątrz. Brrrr.

Na szczęście wewnątrz chaty jest na tyle ciepło, że siedzimy w samych polarach. Hytta Saanajärvi (69° 03.2941’N 20° 51.7838’E) to chata „jadalna” tuż przy jeziorze Saanajärvi z możliwością spania w uzasadnionych przypadkach. W chacie znajduje się koza oraz kuchenka gazowa. Obok drewutnia z dużą ilością porąbanego drewna i kibelek.

Kolejny poranek zapowiadał piękny dzień, niestety zanim jeszcze zdążyliśmy wyjść pogoda zepsuła się. Śnieżyca i prawie zerowa widoczność spowodowała, że musieliśmy zmienić swoje plany i skrócić trasę. Przez pierwsze dwie godziny nawigowaliśmy się z gps-a, żeby utrzymać kierunek marszu. Nagła zmiana pogody i znowu mamy słońce 🙂 Dochodzimy do kolejnej chaty, w której spędzimy noc. Chata Saarijärvi (69° 03.7410’N 21° 05.4723’E) to otwarta chata tuż przy jeziorze Saarijärvi. Jak większość hytt w tym rejonie składa się z 3 obiektów: chaty noclegowej, drewutni oraz sławojki. Saarijärvi podzielona jest na dwie części – darmową oraz drugą z możliwością rezerwacji i odbiorem kluczy w Kilpisjärvi (12 € / noc). Obie części pomieszczą po 10 osób + dodatkowo przedsionek 3-4 osoby. W chacie znajdowała się standardowo koza oraz kuchenka gazowa. Chata zlokalizowana przy szlaku z Kilpisjärvi w stronę najwyższego punktu Finlandii – Halti 1324 m n.p.m.

Käsivarsi Wilderness Area to raj dla miłośników biegówek/ nart backcountry. Idealnie przygotowane trasy, piękne okoliczności przyrody oraz niesamowita zorza. Czego chcieć więcej? No może renifery by się jeszcze przydały. Nam udało się znaleźć tylko kupy reniferów 😀

Następnego dnia przez większość czasu towarzyszy nam mocne słońce. Kremy z filtrem przydały się bardziej niż podczas wakacyjnego plażowania. Po kilku godzinach spokojnego marszu dochodzimy do kolejnej dobrze wyposażonej i darmowej hytty. Chata Kuonjarjoki (69°06.1135, 21°13.1467) jest tak jak poprzednia podzielona na dwie części, płatną i darmową.

Tym razem pogoda zepsuła się wieczorem i była to jedyna noc podczas wyjazdu bez szansy na zorzę. Kalkulując nasz czas do wylotu i miejsce w którym jesteśmy, podjęliśmy decyzję o kierowaniu się w drogę powrotną. Niestety z tego powodu nie udało nam się wejść na najwyższy punkt Finlandii – Halti. Nie pozostaje nam nic innego jak wrócić w te rejony w przyszłości 🙂 Wybierając inną trasę, trochę na przełaj, kierujemy się do tej samej chaty, w której spaliśmy poprzedniej nocy. Tego wieczora towarzyszy nam dość duża grupa naszych południowych sąsiadów – Czechów oraz oczywiście zorza.

Chyba mieliśmy szczęście do pogody, bo następnego dnia znowu mamy piękne słońce. Wracamy do naszej pierwszej chaty i rozgaszczamy się w środku. Mamy trochę czasu do zachodu, więc robimy sobie tor do zjeżdżania i korzystając z tego co mamy pod ręką, oddajemy się zabawie. Zorzę polarną widzieliśmy kilka razy, ale tej nocy spektakl na niebie przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Z reguły zorza jest delikatnie widoczna i dość wyblakła dla ludzkich oczu. Efekt jaki widzicie w internecie to mocno naświetlone fotografie plus obróbka zdjęcia. Tej nocy było jednak inaczej. Aurora borealis rozgościła się na niebie na dobrych kilka godzin. Falowała, zmieniała kolory, przeskakiwała z miejsca na miejsce. Coś niesamowitego! Mimo dużego mrozu spędziliśmy mnóstwo czasu oglądając ten spektakl. Do momentu aż zamarzł mi aparat 😀

Po tej niesamowitej nocy nastał dzień powrotu do Tromsø, czyli kolejna autostopowa przygoda. Tym razem poszło jednak całkiem sprawnie i dość szybko udało nam się mimo kilku grup dojechać do centrum Tromsø. Zaczynając łapać stopa w Kilpisjärvi termometry wskazywały minus 22 stopnie, w Tromsø już jedynie minus 8.

W Tromsø możemy śmiało polecić bibliotekę, w której można się ogrzać 🙂 Nie mieliśmy wykupionego żadnego noclegu, więc pozostały nam dwie opcje na ostatnią noc w Norwegii. Kolejna noc na lotnisku lub wycieczka za miasto do chaty służącej jako miejsce wypoczynku przy trasie biegowej. Wybieramy opcję numer dwa i po zmroku udaje nam się do niej dotrzeć. Niestety chata okazuje się pozamykana na cztery spusty, a powrót na lotnisko to 10 km marszu. Znajdujemy otwartą drewutnię i zgodnie stwierdzamy, że damy radę się w niej przespać. Po wyrzuceniu drewna na zewnątrz, ścielimy sobie wygodne posłanie. Robimy jeszcze szybkie ognisko, żeby zjeść coś na ciepło i później kierujemy się do naszego „apartamentu”. Ściśnięci jak sardynki nie odczuwamy jakoś szczególnie minus 12 stopni Celsjusza na zewnątrz… i wewnątrz.

Ostatni dzień to szybki spacer po Tromsø i wylot do Gdańska.

Podsumowując. W ciągu tego tygodnia w Laponii 5 razy widzieliśmy zorzę. Udało nam się przejść kilkadziesiąt kilometrów oraz przejechać ponad 300 autostopem. Zgodnie stwierdzamy, że duże mrozy nie są nam straszne… jeśli świeci słońce 😀 W innych przypadkach humory jednak trochę podupadały.

Cały wyjazd udało nam się zorganizować dość niskim kosztem, biorąc pod uwagę ceny w Skandynawii. Największy wydatek to lot samolotem. Z perspektywy powrotnego lotu dokupiłbym jednak większy bagaż. Żeby przejść przez bramki musiałem ubrać na siebie dosłownie wszystko. Skarpetki i koszulki pochowane w kieszeniach. Torba duty free wypełniona ubraniami. To był dla mnie już zbyt duży poziom „cebuli” 😀

Na koniec tego wpisu dorzucam zestawienie wydatków oraz wszystkim którzy marzą o zobaczeniu zorzy polarnej przytoczę jeden cytat:

„Marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia”