Po kilkunastu dniach spędzonych w Austrii zostajemy w klimatach górskich i przejeżdżamy w słoweńskie Alpy Julijskie. Celem jest najwyższy szczyt tego kraju – Triglav (2864  m n.p.m.). Naszą przygodę rozpoczynamy na parkingu Rudno Polje, czyli mamy tego dnia około 1600 m podejścia. Wejście można rozłożyć sobie na dwa dni i z racji na długość trasy byłoby to sensowne. My planujemy jednak już tego samego wieczora wrócić do samochodu. Początkowo droga biegnie lasem, ale szybko wspina się na przełęcz Studorski Preval (1862 m n.p.m.), skąd widokowymi trawersami doprowadza nas do schroniska Vodnikov dom. Gdyby nie mgła, z tego właśnie miejsca ukazałby nam się majestatyczny wierzchołek naszego celu.

„Do południa zazwyczaj słonecznie, później pogorszenie pogody”. Takie informacje można wyczytać z poradników odnośnie wejścia na Triglav. W naszym przypadku jak najbardziej się to sprawdziło. Do następnego schroniska (Dom Planika) doszliśmy już otoczeni gęstą mgłą. Od tego momentu na szlaku przybywa trochę trudności i pojawiają się ferraty. Zakładamy asekuracyjnie nasze prowizoryczne lonże i pniemy się w górę. Widoków niestety brak 🙁 Po ponad godzinie od wyjścia ze schroniska (Dom Planika) meldujemy się na najwyższym wierzchołku Słowenii. Na szczycie dużo ludzi, dużo mgły i nawet piwo można kupić 😀 Robimy kilka pamiątkowych zdjęć i szybko ruszamy w dół, bo czeka nas jeszcze około 5 godzin zejścia.

„Akcja górska”, mimo iż zajęła nam około 12 godzin nie była jakoś strasznie męcząca. Szlak był na tyle zróżnicowany, że nie zdążyliśmy się znużyć poszczególnymi częściami. Niestety, z powodu mgły widoki nie były nam pisane tego dnia. Słaba widoczność i przez to mniejsze odczucie otaczającej nas przestrzeni sprawiły, że nie doświadczyliśmy zbytnio „strachu”. Nasze lonże pozostały tylko w pogotowiu, chociaż zarówno wejście jak i zejście jest ubezpieczone stalowymi linkami. Do samochodu udaje nam się dotrzeć na tyle wcześnie, że postanawiamy jeszcze tego samego wieczora odwiedzić pobliski kanion Vintgar.

Koniec aktywności. Pora na zwiedzanie i chillout. Tak można opisać plan na kolejne dni 😀 Opalamy się, pijemy wino, odkrywamy uroki słoweńskich miasteczek i wieczornych rozrywek. Jedynie forma noclegu pozostała ta sama. Ciągle namiot 😀 Podczas tych kilku dni udaje nam się odwiedzić Bled, jezioro Bohinjskie oraz nadmorskie miejscowości: Koper, Izolę i Piran. W drodze powrotnej do domu zahaczamy jeszcze o stolicę Słowenii, czyli Lublanę.

Cały wyjazd, razem z trekkingiem w Austrii zajął nam 16 dni. Poruszaliśmy się samochodem, a część jedzenia wzięliśmy ze sobą z Polski. Koszty kształtowały się następująco:

Paliwo + winiety + amortyzacja samochodu = ok. 200 zł

Jedzenie z Polski = ok. 100 zł

Wydatki w trakcie wyjazdu = ok. 200 zł

Noclegi = 0 zł

Jak widać, udało się zamknąć wyjazd w okolicach 500 złotych. Wydaje mi się, że to nie najgorszy wynik. Oczywiście dałoby się taniej, ale wtedy musielibyśmy zrezygnować na przykład z samochodu i poruszać się autostopem. Wówczas z całą pewnością nie udałoby się zrealizować w pełni takiego wyjazdu jak powyższy, a wręcz w przypadku trekkingu byłoby to niewykonalne. Patrząc w drugą stronę, dużo pieniędzy zaoszczędziliśmy na noclegach i chyba to w głównej mierze przyczyniło się do obniżenia wszystkich kosztów 🙂