Po powrocie z Gruzji, pod koniec sierpnia 2015 roku, stwierdzamy z Anią, że mamy jeszcze trochę wolnego czasu i trzeba go jakoś zagospodarować. Mieliśmy dość upałów, więc zaczęliśmy interesować się zimniejszymi rejonami. Nasz wybór padł na bardzo drogą Norwegię, która przy odpowiedniej organizacji może okazać się „tania jak barszcz”. Główne punkty wyjazdu to Trolltunga, czyli Język Trolla oraz trekking w krainie olbrzymów – Parku Narodowym Jotunheimen, gdzie wchodziliśmy m.in. na najwyższy szczyt kraju – Galdhøpiggen.

Nadmorskie Bergen

Najlepszym, a przy okazji najtańszym miastem na start naszej dwutygodniowej wycieczki okazało się nadmorskie Bergen. Bergen jest drugim co do wielkości miastem w Norwegii i liczy około 270 tysięcy mieszkańców. Znajduje się również na liście światowego dziedzictwa UNESCO, a przez wielu nazywane jest bramą do fiordów. Bergen jest niezwykle malowniczym miastem głównie dzięki drewnianej zabudowie okolic portu. To tam mieści się zabytkowa dzielnica Bryggen, która powstała jako budynki handlowe w XIV wieku. Ten szereg kolorowych domów bardzo często trafia na widokówki i nie ma się czemu dziwić. Jest tam po prostu ładnie.

Język Trolla – najlepsze miejsce do selfie na świecie

Ania była już w Bergen wcześniej, a ja jakoś nie przepadam za miastami (nawet tymi ładnymi), więc po krótkim spacerze w centrum, kierujemy się na drogę wylotową. Zanim ruszymy na podbój krainy olbrzymów, mamy w planie wycieczkę na Język Trolla i tam też musimy dojechać jakoś autostopem. Pogodę możemy określić jako zmienną… Słońce przeplatane ulewą. Gdy już prawie wysychamy, przychodzi kolejny deszcz i „umila” nam łapanie stopa. Pierwszą noc w Norwegii spędzamy pod mostem, na ścieżce rowerowej. Nigdzie indziej nie znaleźliśmy kawałka płaskiego terenu.

Dopiero kolejnego dnia popołudniu dojeżdżamy do Skjeggedal, miejscowości gdzie zaczyna się szlak. Już na początku zostajemy poinformowani przez tablicę, że przyjechaliśmy za późno. Zaleca się, żeby wyjść na szlak przed 10 rano, a u nas na zegarkach po 17. Nie zrażamy się, zostawiamy ciężkie rzeczy w worku wodoszczelnym i chowamy go za jednym z budynków. Odchudzeni ruszamy w górę. Do Języka Trolla mamy jakieś 11 km, więc od razu wiemy, że będziemy nocować gdzieś po drodze.

Pogoda nie zachęcała do wyjścia z namiotu. Mżawka od samego rana obniżała morale. Na szczęście zostało nam niewiele do przejścia i dość szybko pojawiliśmy się pod Trolltungą. Język Trolla to skała o charakterystycznym kształcie, wznosząca się 700 metrów ponad lustro wody jeziora Ringedalsvatnet. Została swego czasu okrzyknięta najlepszym miejscem do zrobienia sobie selfie na świecie. Nie ma się czemu dziwić, bo widok na okolicę jest niepowtarzalny. My oczywiście też robimy sobie zdjęcia na skale, ale nie selfie, takie zwykłe nam wystarczyły 😀

Gdy ruszamy w drogę powrotną dopada nas ulewa i towarzyszy nam aż do końca dnia. Drugim punktem na naszej liście był trekking w górach Jotunheimen. Mamy do przejechania ponad 300 km, co w Norwegii nie jest aż takie łatwe. Widoki w trakcie jazdy jednak w 100% wynagradzają nam ten czas. Stwierdzam nawet wtedy, że jestem w stanie przyjeżdżać do Norwegii na wakacje i po prostu jeździć samochodem. To by mi wystarczyło.

 

Park Narodowy Jotunheimen – idealne miejsce na trekking

Kolejnego dnia dojeżdżamy pod jezioro Gjende skąd ruszymy na kilka dni w góry. Jest niedziela, więc tego dnia mijamy jeszcze wielu turystów. Większość z nich, wybrała się na najpopularniejszy w okolicy szlak na Besseggen, który oferuje piękne widoki ze szczytu. Na szczęście dla nas, w tamten weekend oficjalnie skończył się sezon. Przestał kursować prom, zamknięto większość schronisk, a co za tym idzie, nie było w tych górach turystów. Przez 3 dni nie spotkaliśmy żadnego człowieka. Byliśmy tylko my i góry. Coś wspaniałego!

Niezależnie od tego, w które miejsce w parku się wybierzemy, będziemy otoczeni przez piękne, majestatyczne góry. Nieziemskie widoki, ukształtowanie terenu, mnogość jezior, wszechobecna czysta pitna woda, możliwości legalnego biwaku – to tylko nieliczne punkty, dla których Park Narodowy Jotunheimen stawiam na pierwszym miejscu w moim prywatnym rankingu miejsc na trekking. Nie chciałbym co drugie zdanie pisać jak jest pięknie, więc wrzucam po prostu więcej zdjęć 🙂

Pierwszy dzień w parku to trasa od schroniska Gjendesheim do jeziora Bessvatnet gdzie nocujemy.

Drugiego dnia przechodzimy obok zamkniętego schroniska Memurubu, a następnie wdrapujemy się na pobliskie wzgórze. Tego dnia nocowaliśmy na około 1500 m n.p.m., tuż przed zejściem do doliny Storadalen.

Kolejny dzień kończymy niedaleko schroniska Leirvassbu w kamiennej chacie. Mimo wszystko rozbiliśmy wewnątrz namiot, bo podłoga to było zwykłe klepisko.

Czwartego dnia dochodzimy do „cywilizacji”. Pierwsze otwarte schronisko na trasie i co za tym idzie ludzie. Spiterstulen jest najpopularniejszym miejscem wypadowym na najwyższy szczyt Norwegii – Galdhøpiggen (2469 m n.p.m.). Tej nocy skusiliśmy się na otwartą kuchnię turystyczną na polu namiotowym niedaleko schroniska. Poza nami (śpiącymi w kuchni), na polu stoi tylko jeden namiot. Ojciec z 6 letnim synem wybrali się na męski wypad i mają w planie, tak jak my, wejście kolejnego dnia na Galdhøpiggen.

Galdhøpiggen – najwyższy szczyt Norwegii

W poprzednich dniach pogoda nam dopisywała i nie spadła na nas ani jedna kropla deszczu. W dniu „ataku” na najwyższy szczyt zrobiło się dość mgliście i zimno. Ojciec z synem wyszli wcześniej i dzięki temu możemy iść po ich śladach. Mamy ponad 1300 metrów wzniesienia do pokonania, ale na szczęście większość rzeczy zostawiliśmy w kuchni, więc jest lżej. Pogoda nie rozpieszcza, zrywa się mocny wiatr, widoczność spada momentami do kilku metrów. Dziwimy się w ogóle, że ojciec zabrał dziecko w takich warunkach w góry. Po jakimś czasie spotykamy ich wracających. Jak się później okazało, nie zdobyli szczytu, ich ślad się urwał w pewnym miejscu, więc rozsądnie tata zadecydował, że wracają. My idziemy dalej i po 4 godzinach od startu, zmęczeni meldujemy się na wysokości 2469 m n.p.m.  Najwyższy szczyt Norwegii zaliczony. Nic nie widzimy, strasznie wieje, także kilka zdjęć i schodzimy w dół.

Następny dzień był naszym ostatnim w parku Jotunheimen. Lot powrotny do domu zbliżał się nieubłaganie, więc opuszczamy te piękne góry i jedziemy autostopem do Oslo. W między czasie odwiedzamy Lillehammer i śpimy dwie noce gdzieś po krzakach.

W Norwegii spędzamy w sumie 12 dni. Większość czasu w górach, reszta to dojazdy autostopem. Zarówno Trolltungę, jak i Park Narodowy Jotunheimen możemy śmiało polecić. Wyjazd miał miejsce poza sezonem turystycznym, dzięki temu spotkaliśmy dość mało osób w górach. Nasz trekking w krainie olbrzymów trwał 6 dni. Spokojnie można zorganizować sobie trasę nawet na 10 dni, dlatego może jeszcze tam wrócimy 🙂

Bardzo droga Norwegia okazała się dla nas dość tania, wydaliśmy łącznie około 400 zł na osobę. To oczywiście za sprawą jedzenia z Polski, podróży autostopem i spaniu w namiocie. Było tanio, ale mój plecak to pewnie z 30 kg ważył na początku 😀